Anastenaria jest to rytuał chodzenia po ogniu. Właściwie jest to coś na wzór tańca sakralnego na rozżarzonych węglach, który wykonuje się bosymi stopami. Tradycja potocznie zwanego „chodzenia po ogniu” sięga setek, a nawet tysięcy lat. Europie anasteneria przetrwała do dziś na Bałkanach, w Macedonii.


Przez Kościół prawosławny traktowane jest to jako dowód oczyszczenia jeszcze do niedawna wierzono, że na żarzące się węgle może wejść tylko ten, kto jest wewnętrznie oczyszczony, wyspowiadał się i przyjął Komunię Świętą.

Jest to prastary obyczaj tolerowany przez prawosławie. W naszych czasach, chodzenie po ogniu organizowane jest jako rozrywka dla turystów w Bułgarii i jako obrządek religijny w Grecji, w ośrodkach anastenariów.

Według, prowadzącego od lat anastenaria Lecha Eufazego Stefańskiego, wszyscy ludzie, którzy zostaną odpowiednio poinstruowani i trzymają się tego instruktażu mogą boso przebiegać przez żarzące się węgle, a nawet wykonywać na nich taneczne kroki, nie parząc się przy tym.

Jest to forma zabawy, która przynosi pożytek zarówno fizjologiczny jak i psychologiczny. Z punktu widzenia psychologicznego, jest to doskonały trening motywacyjny. Człowiek, który przeszedł przez to doświadczenie po raz pierwszy, drugi i piąty przekonuje sam siebie, że jest zdolny do czegoś, co dotychczas uważał za niewykonalne. Zaczyna wierzyć, że jest zdolny do pokonywania innych trudności, do pobijania innych rekordów.

Z punktu widzenia fizjologicznego korzyść polega na stymulacji odpowiednich punktów na nogach. Jak wiemy człowiek ma na stopach receptory odpowiadające różnym częściom ciała i organom wewnętrznym. Gdy chodzimy po ogniu, każda część stopy styka się wielokrotnie z drobnymi węglikami o temperaturze ok. 600-700 stopni Celsjusza. Wszystkie receptory zostają bardzo mocno pobudzone. Skutek jest taki, że uczestnicy tego rytuału są bardzo ożywieni, dopisuje im dobry humor, a na drugi dzień, ci którzy mieli katar, stwierdzają, że zniknął bez śladu.

W Bułgarii przeprowadzono doświadczenie, z których wynika, że po ogniu można chodzić nie oglądając się na żadne aspekty religijne. Z drugiej jednak strony okazało się, że człowiek, który myśli w tym czasie o swoich codziennych sprawach poparzy się. Jest w tym wszystkim zatem jakiś aspekt wymagający wewnętrznego skupienia i oczyszczenia.

Trzeba wyzbyć się wszelkich myśli o sprawach codziennych, skupić się na tym, co się robi, nie rozglądać się na różne strony. Trzeba przez cały czas zdawać sobie sprawę, że właśnie idziemy po żarzących się węglach. To myśl o tym uprzedza stopy, aby nie reagowały na żar.

Lech Eufazy Stefański uważa, że fenomen chodzenia „po ogniu” nie polega na sposobie znieczulenia skóry. Znieczulić skórę można bardzo prosto podskórnym zastrzykiem nowokainy czy też hipnozą, ale nie o to chodzi. Skóra znieczulona będzie się przypiekała, a po ustąpieniu znieczulenia wystąpią najdotkliwsze objawy oparzeń. Tu chodzi nie o nieczułość na ból wywołany żarem, tylko o niewrażliwość ciała na zetknięcie się z żarem.

W końcu XIX wieku ukazała się książka znakomitego polskiego badacza Juliana Ochorowicza „Wiedza tajemna w Egipcie”, w której autor opisuje pracowników huty przebiegających boso po rozżarzonym żelazie i zanurzających dłonie w tyglu z roztopionym ołowiem. Interpretuje to zdolnością skóry do nawilżania się, przekształcania się wilgoci w stan sferyczny i tworzenia w ten sposób warstewki ochronnej na ciele człowieka.

Oczywiście nie jest to wystarczająca interpretacja. Rozwijająca się od 30 lat w różnych uniwersyteckich ośrodkach badawczych na świecie bioelektronika, próbuje wyjaśnić to zjawisko. Ta warstewka z punktu widzenia bioelektronicznego, to fizyczna plazma biologiczna, tzw. bioplazma.

Zapewne w najbliższych latach będziemy mieli już kompletne wytłumaczenie fenomenu niereagowania żywej skóry na żar.

Na podstawie wywiadu z Lechem Eufazym Stefańskim na łamach „Forum Psychologicznego”