Ocalony

Jest piękny, marcowy dzień w późnej dekadzie gierkowskiej, kiedy za pieniądze z Zachodu budowano chwilowy dobrobyt polski. Na starej, już nieco bladej fotografii, widać młodą, na oko 25-letnią kobietę, ubraną w modny wtedy długi, studencki płaszcz, obok trochę dalej żółty samochód marki fiat 126, a w tle nieotynkowany, jak to wtedy często bywało, szary blok.

Jacyś ludzie wchodzący i wychodzący ze szpitala, gdzie przyszedłem na świat. Na fotografii widać też młodego mężczyznę, blond włosy, wysoki, szczupły, z modnym wtedy wąsem bez brody, a także fronton kliniki, w której zostałem urodzony.

Dostaję maksymalną ilość punktów na skali zdrowia. Jestem pucułowaty, najwyraźniej doskonale odżywiony, a na dużej główce spora ciemna grzywka, którą potem ku rozpaczy wszystkich ciotek, zetnie babcia, litując się nade mną źle znoszącym letnie upały. Po zważeniu jakaś młoda kobieta wpisuje do karty wagę: 3.5 kg, wzrost prawidłowy, wydolny krążeniowo i oddechowo, dwie ręce i nogi, żadnych śladów, które wskazywałyby na jakiekolwiek ubytki na zdrowiu. Musi minąć około 30 lat, żeby prysł ten niezwykły czar narodzin nowego człowieka, kogoś, kto jako tako ukończy szkoły i uniwersytet. Póki co jestem „u Narutowicza”, bo tak nazywał się do dziś istniejący szpital na Prądniku dla Krakowa-Krowodrzy.

Kilka dni potem cios pierwszy: mama zostaje zabrana do kliniki psychiatrycznej z podejrzeniem psychozy poporodowej. Rodząc straciła za dużo krwi, w szpitalu nie było krwi z tej samej grupy, a lekarzom nie chciało się dzwonić do innych szpitali. Tak więc mamę wzięto na Kopernika 21A, gdzie działał sam Kępiński, a ja pojechałem do babci. Będzie się mną zajmowała przez pierwsze pół roku życia. Oderwanie. Rozdzielenie. „Ten, który dzieli”. Tęsknota, strach, ciemny pokój, babcia nie zawsze słyszy wołanie i płacz niemowlaka. Łóżeczko dziecięce z siatką. Jakiś miedziany medalik, którym bawię się po całych dniach. Purpurowa kredka babci, którą raz się pomalowałem. Ona pyta: „Czemu masz takie czerwone usta?” Ja na to: „Piłem barszcz”. Ona nie wierzy: „Ale skąd tu wziąłeś barszcz?”

Mamę leczono najlepszymi wtedy lekami: haloperidol, tisercin, pernazyna. Wstrząsy elektryczne. Wyszła z tego po pół roku, które spędziłem na Siemiradzkiego 12. To ten, którego kurtyna wisi w lwowskiej operze narodowej. Wiem, byłem, widziałem. Kiedy mama wyszła ze szpitala, miałem już za sobą pierwsze szoki nowo narodzonego. Poczucie osamotnienia. Pustka wewnętrzna. Ciągły niepokój. Wołanie, żeby przyszła, ale wzywanie było nadaremne. Nikt poza babcią nie interesował się nowym dzieckiem tego świata. Tak pozostało do dzisiaj.

Potem film się urywa. Jakieś pierwsze zapamiętane nieistotne, przypadkowe obrazy: noc w rozświetlonym pokoju, gdzieś wysoko, bo przez otwarte okno widać dalekie światła miasta. Jakieś sanki, pagórki, lasy. Pielęgniarka rozmawiająca z mamą nade mną, leżącym na czymś niby jak kozetka. Coś jeszcze? Chyba nie. Pamiętam, że mimo wczesnej separacji, właściwie utraty, wiodącej zbyt wcześnie do pierwszych rozczarowań, utraty złudzeń, czułem się szczęśliwym dzieckiem. Jasna gwiazda nade mną. Dobry wzrok, zanim szkoła nie pogorszy. Prosty kręgosłup, zanim szkoła nie skrzywi. Proste zęby, zanim zgryz nie każe mi nosić ortodontycznego aparatu, którego nie cierpiałem. Wybitny słuch, zanim nie stanie się ten dar przekleństwem. Wszystko było dobre, bardzo dobre. Nie za szczupły, nie za gruby, w sam raz, taki zwyczajnie ludzki, zanim proporcje nie zmienią się w brak z jednej, a nadmiar z drugiej strony.

Może wróci jeszcze jakiś obraz? Póki co idziemy dalej. Jest rok ’79, wrzesień, również piękny. Czas wyjść z edenu, a wraz z wyjściem z raju zaczyna się historia. Przedszkole na Krupniczej mieści się wtedy naprzeciw bramy wiodącej przez podwórko (koniecznie z trzepakiem) do mieszkania nr 6, gdzie od początku życia mieszka moja druga babcia ze strony mamy. Przedszkole akurat rozpoczyna działalność i pierwszy rocznik wchodzi do przystosowanego wielkopańskiego mieszkania z pokojami w amfiladzie, aby rozpocząć przymusową socjalizację.
Pamięć pierwszego strachu. Wszystko nowe: dzieci, przedszkolanki, zabawki inne niż w domu, groźna pani od rytmiki, której (pani i rytmiki też) nie znosiłem. Minie cztery lata w tym ponurym, jak dla mnie miejscu, żebym został uwolniony po to, by wpaść w jeszcze gorszą niewolę. Póki co jestem wyobraźnią w przedszkolu, gdzie na szczęście są rozmaite zakamarki, kąciki, w których można przeczekać aż przyjdzie babcia (najwcześniej), druga babcia i mama (średnio wcześnie) lub tata (najpóźniej). Najgorsze jest przymusowe spanie, ale tam w ogóle wszystko jest przymusowe: przymusowe przebieranie w jakieś fartuszki, przymusowe posiłki z jabłkiem (odtąd nie cierpię żadnych jabłek), przymusowe zabawy, okropny podręcznik dla „zerówki” („Mam 6 lat”), dokuczliwe dzieci. Raz jedna taka, której najwidoczniej się podobałem, co odkryłem zupełnie niedawno, szczypała mnie w parku przy stawie w ramię. Myślałem, że mnie nie lubi, a tu proszę – żona mi powiedziała, że takie zachowanie oznacza flirt.
Obrazy z przedszkola, zalegające, domagające się dostrzeżenia, uwagi, refleksji, czy modnego obecnie znowu po stu z górą latach „przepracowania”. Oczywiście, że ostatnie lata to ciężka praca myślowa nad swoimi ideami, obrazami, nad wolą i wyobraźnią. Tam w przedszkolnych salach o wysokim suficie i zakratowanych chyba oknach, zaczyna się pamięć osobista. Spędzę tam jakieś 4 lata, z których pozostanie tylko jeden długi dzień. Wszystko zlewa się w jedną miazgę, w jedną magmę pół-pamięci, na poły automatycznej. Te obrazy męczą, dopóki nie zaopiekuję się nimi, dopóki nie poświęcę im medytacji lub modlitwy, póki nie przekontempluję ich znaczenia ukrytego. Na pozór niewinne zamykają umysł, zatrzaskując bramy przedświadomości. Czemu dopiero w przedszkolu rusza pamięć? A wcześniej? Inna pamięć, przytulne mieszkanie ze służbówką, drugim wejściem od podwórka po drewnianych krętych schodach, z tajemniczym strychem na samej górze, ze spiżarnią i obowiązkowymi piecami kaflowymi, które codziennie na jesieni i w zimie trzeba było z trudem rozpalać. Węglarz dźwigający 50 kg czarnych kamieni i wysypujący je z hukiem do specjalnej szaroniebieskiej skrzyni między piecem i maszynką gazową. Rozszczepione obrazy, nie klejące się w żadną całość, ani nawet w puzzle, które dałoby się po jakimś czasie ułożyć.

Lepienie bałwana – oczy z węgielków, ewentualnie z guzików, koniecznie ciemnych, marchewka za nos, miedziany, solidny garnek za kapelusz na głowie, a wiklinowa miotła przyczepiona z boku. Najpierw jednak toczenie trzech ogromnych kul śniegowych.

Przedszkole skończyło się, jak wszystko inne w życiu. Jeszcze wspomnienie wstydu i piekącego bólu od linijki, którą pani użyła w charakterze bata za – jej zdaniem – bazgroły podczas lekcji rysunku. Myślała, że to przypadkowe plamy z farby, widocznie nie istniało w jej umyśle pojęcie „awangardy” ani „abstrakcjonizmu”. Rysunek to rysunek – musi być realistyczny, czyli „stykać się z rzeczywistością”, zapewne jej widzialną i wymierną stroną, ot przecież realne są tylko przedmioty, ludzie trochę mniej, a o świecie duchowym pani zapewne nawet nie słyszała. Tak tedy raz na zawsze znienawidziłem plastykę oraz muzykę (pani od rytmiki wyglądała jak stara jędza szczerze powiedziawszy), z tym, że do muzyki wróciłem, ale po latach. Najpierw myślałem, że jak ktoś kogoś nagrywa na magnetofon szpulowy, to ten nagrywany zostaje wciągnięty i uwięziony wewnątrz, i nigdy stamtąd nie wyjdzie. A propos wyjścia: ile to razy na spacerze pani nam mówiła, że trafimy za karę do mijanego żłobka. „I nie przyjdzie ani tatuś ani mamusia” – straszyła, a my musieliśmy wierzyć, bo inaczej się nie dało. I wtedy często rozlegał się jeden wielki płacz. Pani postraszywszy nas, zaszczepiwszy nas na zawsze szczepionką o dużej sile działania, kazała zawracać i wracaliśmy tą samą drogą do przedszkola. Szczepionka jednak działała krótko – zapominaliśmy, wypieraliśmy z pamięci, tłumiliśmy strach, a nawet wszystkiemu zaprzeczaliśmy z obawy, że pani się zemści. Pani jednak potrafiła bić, żeby tylko bolało i nie było śladów. Potrafiła obnażać nasze gołe pupy, mówiąc: „Patrzcie, jaki ma tyłek”, potrafiła krzyczeć, robić histerię i udawać, a potem przechodziło jej i wszystko wracało do naszej normy. W przedszkolu bawiłem się sam. Miałem dość bogate wnętrze, aby zajmować się światem zewnętrznym. Oglądałem nieustanny film w głowie w 3D, gdy nikomu nie śniło się nawet o magnetowidzie. Jedynym krzykiem techniki był ów słynny, studyjny magnetofon szpulowy, czterościeżkowy, z funkcją „record”.


Cóż mogłem zrobić? Chcąc nie chcąc chodziłem do coraz bardziej nienawistnego przedszkola, choć przecież ono jako instytucja jest jeszcze jednym wymysłem oświeceniowego unowocześniania świata, aby rodzice mogli pracować na swoich etatach. Tak naprawdę traktowano nas tak jak się traktuje bagaż w przechowalni, albo podróżników w poczekalni pod zegarem dworcowym. Nikt nie prosił nas na ten świat, zostaliśmy weń wrzuceni, bezwiednie i bezwolnie, popychani drogami rodnymi za pomocą oksytocyny, wyrywani z ciepłego raju na zimny, zmrożony lodem nienawiści świat.

Mijały lata, a nikt nic nawet nie podejrzewał. Taki miły, taki grzeczny, że aż nieprawdopodobne, wręcz cudowne dziecko. Mając już dość cierpienia, w marcu ostatniego roku XX wieku, dokładnie w swoje 24 urodziny zapisałem się do lekarza. Psychiatra porozmawiał, pocieszył, postawił diagnozę i wypisał dwie recepty. Przez kolejne 15 lat miotałem się między szpitalami całodobowymi, ambulatoriami, oddziałami dziennymi i prywatnymi gabinetami lekarskimi. Przetestowawszy większość aktualnie dostępnych leków, ze skrajnego optymizmu wpadałem w czarną noc rozpaczy. Ledwo ukończone magisterium. Doktorat na ledwo akceptowalnym poziomie jakoś przepchany. Udział w pracach chóru: stygmatyzacja, odkąd w ramach prowadzonej ówcześnie edukacji społeczeństwa opowiadałem swą historię życia. Edukacja odniosła skutek przeciwny: znajomi zaczęli mnie unikać, rodzina obarczyła nieskończonym poczuciem, że zasługują tylko na karę, ale nie na szczęście, a już na pewno nie w tym ziemskim życiu.
Piętnaście lat. Najpierw wielka nadzieja, że leki przywrócą całkowicie zdrowie. Potem wielkie rozczarowanie – leki w ogóle nie leczą tej choroby. Teraz inne podejście: leki pomagają trochę, nawet bardzo, ale pod warunkiem, że zaburzenia zostaną wykryte wcześnie, tak jak w raku, udarze czy ataku serca. Jeśli nie, to leczenie – jeśli w ogóle coś daje – trwa bardzo długo, a czas potrafi zwolnić, a nawet zupełnie się zatrzymać. Nieskończona nuda, znużenie i rozpacz. Utrata sił witalnych. Przymglona świadomość. Kłopoty z pamięcią, kłopoty ze skupieniem uwagi, kłopoty z kojarzeniem. Wszystko, co dawne jest blisko, a co niedawne oddala się jak się tylko da. Świat odwrócony jakbyś patrzył odwrotnie przez lunetę, albo wizjer w drzwiach. Wszystko maleje, ludzie jak ołowiane żołnierzyki, wszystko napiera, wdziera się do środka, gwałci umysł, serce i wolę. Ktokolwiek tu wchodzi, niech porzuci nadzieję. Ale walka trwa do końca.

Psychiatra przywitał mnie niezwykle uprzejmie. Wskazał miejsce, poczekał aż usiądę i dopiero wtedy sam zajął miejsce naprzeciw w lekko zacienionym gabinecie. Uwaga moja padła na regał z wieloma mądrymi księgami i książkami. Był tam ważny podręcznik Bilikiewicza, dzieła Kępińskiego i jedna z książek Kazimierza Dąbrowskiego, którego teorię „pozytywnej dezintegracji” znałem na pamięć. Nie zgadzałem się w duchu z nim. I do dziś się nie zgadzam. Choroba niszczy całe życie pacjenta. Najpierw relacje, potem wnętrze, następnie zainteresowania i pasje, hobby, by na koniec zacząć po kolei rujnować nawet sferę cielesną. Cóż daje choroba w zamian za to, co odbiera? Niewiele, ale dobre i to. Może daje większy wgląd w siebie? Może…

Rozpoczęła się rozmowa, mama wyszła na zewnątrz na moją prośbę. Dopiero wtedy się otworzyłem.
- Dręczą mnie różne myśli. – z trudem opisałem ogólnie problem.
- Czy to są pana myśli czy czuje pan, że pochodzą z zewnątrz? – spytał delikatnie, patrząc dość przenikliwie w oczy.
- Moje, ale atakują wiarę, religię, kościół, świętych. – mówiłem tylko część prawdy. „Przecież nie przyznam się, że wierzę, że opętał mnie diabeł, szatan albo złośliwe demony”.
- Pan musi znaleźć sobie dziewczynę, a tymczasem dam panu dwa leki: jeden doraźnie, drugi stale proszę zażywać.

Kiedy wyszedłem z gabinetu, czułem się zupełnie zdrowy. Nadzieję dawały dwie recepty i ponętna wizja rocznego urlopu dziekańskiego, kiedy wreszcie będę mógł czytać, co mi się podoba, a nie to, co zawiera spis lektur.
Szliśmy z mamą środkiem Sławkowskiej, było słoneczne popołudnie i sporo przechodniów, i turystów, głównie zagranicznych, zwłaszcza zza Odry. Nie zwracałem w ogóle na to uwagi. Myślałem wciąż o lekach, o tym, co to jest ten „zespół apatyczno-sensytywny” i czy leki pomogą. Pod koniec studiów, u progu dorosłości, kiedy moje pokolenie odjeżdżało ostatnim pociągiem do sukcesu, kasy i władzy, czułem się okropnie rozbity. Za mną prawie ćwierć wieku, przede mną same niewiadome. Teraz zaś po 15 latach, kiedy spisuję z uszkodzonej pamięci, usiłując wskrzesić wolą martwy czas, jestem jeszcze gdzie indziej.

O razu do najbliższej apteki, a tych w mieście rodzinnym nie brakuje. Pani bierze receptę, blednie jak zawsze, kiedy włącza się czerwona lampka „uwaga! psychotropy!”, ale nic nie mówi, idzie, przynosi, wydaje, inkasuje, znowu wydaje i wychodzimy. Pierwsza inicjacja za mną, wtajemniczenie w świat farmaceutyczn-aptekarski i psychiatryczny. Teraz szybko do domu, aby jak najszybciej pozbyć się tego ciągnącego się od lat cierpienia. Jako człowiek niecierpliwy, w butach i polarze do kuchni, kubek, woda z grzejnika, otwieranie pudełek, lektura ulotek na wszelki wypadek. Uff, poszło, przełknąłem dwie malutkie pigułki. Jeszcze tydzień temu nie wiedziałem, że istnieją leki na psyche. Jak to? Psyche to z greki „dusza, duch”, a tabletki to skondensowana materia. I to ma pomagać na niewidzialne dla oka bóle, problemy? Niestety, tak. Po godzinie skoczył w górę nastrój. Po kolejnej przejaśniło się w głowie. Trzecia godzina i czułem wyraźną ulgę. Z godziny na godzinę było lepiej. Z dnia na dzień.

Kolejna wizyta przyniosła nowości. Lekarz skierował mnie do poradni studenckiej, wiedząc, że pochodzę z biednej rodziny. Poszedłem tedy i dostałem jeszcze jeden lek. I on pomógł wyraźnie. Przez wiele miesięcy samopoczucie rosło. Stałem się odważniejszy, więcej pewny siebie, dręczące myśli ustąpiły, emocje opadły. Lecz coś za coś: ni stąd ni zowąd znudziło mnie czytanie, a byłem na ostatnim roku i miałem napisać magisterium. Jak pisać, kiedy umysł zablokowany jest lekami? Jak czytać, skoro wszystko takie nudne, zwykłe, monotonne i szare? Mimo to pracę obroniłem. Jako tako mnie przepchano.
Nie chciałem za nic w świecie zostać nauczycielem, ani księdzem, choćby arcybiskupem. Nie chciałem uczyć durnej młodzieży, która i tak skończy w większości na zmywaku. Chciałem nauczać na uczelni. Taka ambicja, bo ojciec właśnie zrobił habilitację, a stryj od dawna był profesorem w Szczecinie. Dlatego wybrałem znowu chcąc niechcąc dalsze studia, studium doktoranckie. Minęło 10 lat zanim obroniłem doktorat. Stracone lata, bo zamykają właśnie uczelnie, zwłaszcza humanistyczne, a w najlepszym razie reorganizują, dokonują – jak w sektorze bankowym – fuzji.

Tymczasem znudziła mi się polonistyka, jednak przewód otworzyłem, mając więcej niż jedną publikację w dorobku naukowym. Jakieś sprawozdania, recenzje, szkic, artykuł religijny, występ na sesji i parę innych, nic wielkiego. Coraz lepiej mi się pisało, w miarę, jak coraz gorzej czytało. W pewnym momencie miałem zamiar rzucić w cholerę ten cały pomysł z doktoratem i wyjechać na truskawki.

Tymczasem na plan pierwszy wyszła psychiatria. Już rok przed pierwszą wizytą u znanego psychiatry wpadła w ręce monografia Kępińskiego o lęku. Widzę teraz jak przez zadymioną szybę wujka, który zdejmuje mi z piersi książkę i okulary, bo zasnąłem podczas lektury. Rozumiałem wszystko, ale nic z tego nie wynikało. Nic mnie nie dotyczyło. Jakbym żył bezprawnie, jakby mnie nigdy nie było. Czytając o innych pacjentach, nawet tych, którzy ozdrowieli jeszcze zanim w połowie XX wieku wynaleziono pierwszy lek, nie sądziłem, że i mnie coś w życiu może się wreszcie udać. Po pięknym trzecim roku, kiedy na chwilę ustąpiły objawy, kiedy miałem mnóstwo ciekawych zajęć, nadszedł ponury rok, którego trzy ostatnie cyfry budziły skojarzenia tylko z numerem alarmowym pogotowia ratunkowego. Byliśmy wszyscy już na wylocie, każdy musiał zdecydować ponownie o przyszłości, wielu wracało na wieś, skąd przyjechali na studia, jeszcze wtedy dość prestiżowe. Mijaliśmy się w drzwiach sal, czytelni, na korytarzach, w barze, czasem na pobliskich latem zawsze mocno ocienionych Plantach, a potem rozdanie dyplomów. I róbta co chceta, szukajcie pracy, my nie mamy czasu, idą następne roczniki. Nikt się nie zainteresował, czy od ukończenia studiów mam adekwatną pracę. Studia wpuściły mnie w kanał, każąc dokonywać bezsensownego wyboru między karierą nauczyciela albo teatrologa, a mnie teatr nie pociąga. Zostałem więc przez parę lat po prostu kierowcą. Polonistyka i w ogóle humanistyka ledwo zipie – jeszcze kilka lat i będzie po ptokach. Lecz przynajmniej rozpisałem się, oczytałem i obyłem z wielką klasyką literatury europejskiej, trochę liznęliśmy filozofii, psychologii, nawet teologii.

Zostawmy studia, zostawmy liceum i szkołę podstawową. Przez ostatnie lata rosły moje nadzieje, że kiedyś wynajdą lek na tę straszną chorobę. Celowo nie wymieniam jej nazwy – może odstraszyć nawet najodważniejszych z drogich czytelników. Przez większość czasu przeleżałem w łóżku. Były takie czasy, kiedy lubiłem wychodzić na miasto, do biblioteki, do babci, do chóru, jeździć za granicę, w góry, na wieś, na narty, chodzić na basen. Teraz wszystko znikło – zamknięty w swoim pomalowanym na żółto, a potem zielono pokoju w Podgórzu, niedaleko stacji telewizyjnej, leżałem nawet w dni powszednie, w południe w ubraniu na tapczanie, co chwila wychodząc na papierosa na balkon lub na ulicę. Czytanie okazało się niewykonalne – pożyczałem dziesiątki książek i żadnej nie przeczytałem do końa, jeśli udało się przeczytać, to nazajutrz zapominałem szczegóły, a potem ogólną treść, ale zwykle kończyło się na pierwszych dwudziestu stronach. Pisanie szło nieco lepiej – przestałem pisać ręcznie, dopadał mnie dobry znajomy „kurcz pisarski”, a lewą ręką nie umiałem. Kupiłem maszynę do pisania – okazała się za głośna. Wreszcie dostałem komputer stacjonarny, ale bracia całymi dniami grali w Colina. Dopiero własny laptop sprawił, że otworzyły się mi oczy, spadły zasłony, a rozum dotąd na uwięzi z wolna odzyskiwał wolność.

Znowu mijały lata, a ja nadal stoję w miejscu. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Albo kręci w kółko, jak korkociąg spada, wciągany przez burzliwe, mętne wiry oceanu cierpienia. Pojedyncze znowu obrazy, nieostre i nieruchome, jak na starej fotografii, pożółkłe albo lekko brązowe, czasem po prostu czarno-białe. Obrazy nieprzetworzone, stojące przed oczami duszy jak zarosły rzęsą staw. Domagające się całej uwagi, nie zadowalające się moimi zdolnościami, jak natrętni goście po 22, jak babcia, która popędzała na studiach, żebym już zaczął zarabiać, bo mamie jest źle. Ale nie pamiętała, że mamie źle było jeszcze w jej łonie, we wczesnym dzieciństwie i w małżeństwie na długo, zanim przybyłem na ten świat. Babcina pamięć wolała widzieć we wnuku winowajcę niż szukać prawdy obiektywnej. Wolała oszukiwać i kłamać, byle nie wziąć na siebie odpowiedzialności za fatalne z punktu widzenia psyche wychowanie obu córek. Wolała bronić świętej pamięci męża kosztem najstarszego wnuka. Niestety, babcie tak mają – zawsze musi być ktoś winny.

Korytarz szpitalny. Wokół ludzie. Salowe, pielęgniarze, co jakiś czas przywożą ludzi zamroczonych alkoholem, coraz częściej narkomanów, lekomanów, ofiary dopalaczy i narkotyków miękkich. Wiem, co mówię, bo przez 15 lat jestem już uzależniony od leków, które muszę codziennie brać. Po pierwszych lekach, kiedy ustąpiło przekonanie, że „mam w sobie diabła”, i podniósł się bardzo nastrój, nadeszło rozczarowanie. „I to już wszystko? Nie, muszę zwiększyć dawkę.” – coraz częściej myślałem głośno wewnętrz. Ona mi towarzyszy od zawsze, od wieków na wieki, mowa płynąca jak rzeka, nie wracającą nigdy pod prąd do źródła, zawsze w jedną stronę. Gdy teraz próbuję opisać ten czas, czuję, że bardzo się zmieniłem. Niegdyś mało rozmowny – stałem się niemal gadułą, którego wypowiedzi graniczą ze słowotokiem. Wcześniej unikający ludzi – nagle bez nich nie mogę żyć. Ale z ludźmi też nie. Tak źle. Tak niedobrze.
Jaki jest sens? Jaki cel? Czy miałem iść na te, a nie inne studia? Czy w ogóle miałem studować? A może trzeba było zakończyć na podstawówce, no ewentualnie szkole średniej, ale czy akurat liceum? A jeśli tak, to akurat to, a nie inne? Bo blisko, za rogiem? Jak najłatwiej? No bo siłaczem nigdy nie byłem. Dojeżdżanie z osiedla wyczerpywało okropnie w ostatniej klasie, zanim przeprowadziliśmy się pod wieżę telewizyjną. Jaki sens studiów? Przedłużyć młodość? Pobawić się z dziewczynkami? Zrobić papier? Złapać żonę albo męża?

Poszukiwanie straconego sensu. Czy sens uleciał, bo zaczęły się kłopoty z masturbacją? A może poszedł, abym doświadczył bezsensu? Czy też wyciekł niezauważalnie przez jakiś mały otwór? W każdym razie cierpiąc na bezsens, wiem, że kiedyś tak nie było. Ale wiem to teoretycznie, w praktyce uważam, że tak było zawsze. Co gorsza, uważam, że zawsze tak będzie. Czy śmierć ukaże bramę z napisem „niebo” czy raczej „porzućcie całą nadzieję”? Tego nie wie nikt. I dobrze, tak ma być.

Tekst nadesłał Pan Rafał S. (adres e-mail i nazwisko do wiadomości redakcji)

Udostępnij artykuł

komentarz1

  • Link do komentarza Radek S.

    Radek S.

    22/10/2015

    Ciekawy tekst,
    przeczytałem go z dużym zainteresowaniem.

    Niestety...... w niektórych miejscach identyfikuję się z autorem.

Skomentuj

O nas

Serwis o tematyce psychologicznej istnieje od 2005 roku. Do 2015 roku serwis funkcjonował pod adresem psychologia.apl.pl. W 2015 roku opiekę nad serwisem przejęła Fundacja Libertus. Zmienił się adres strony na psychologiawsieci.pl. Zapraszamy do kontaktu i współpracy. Zależy nam na rzetelnym i niezależnym dziennikarstwie.

Newsletter

Chcesz być na bierząco? Zapisz się do naszego newslettera